Mazda MX-5 w trasie, czyli 1200 km na twardym zawieszeniu

Przepraszam, ale możemy zaproponować tylko MX-5. Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś przeprosi mnie za propozycję tygodniowej przygody za kierownicą jednego z najbardziej ekscytujących roadsterów na świecie. Przyjąłem wyzwanie i niczego nie żałuję. 

Targi IFA to najważniejsze wydarzenie w moim eventowym kalendarzu. Odbywają się późną jesienią w Berlinie. Jest to impreza związana z szeroko pojętą elektroniką użytkową. Oznacza to, że obok najnowszych komputerów pojawiają się na niej gofrownice, odkurzacze, a nawet samochody. Podczas zeszłorocznej edycji, największe stanowisko motoryzacyjne należało do Mazdy. Właśnie japońska marka zapewniła mi nietypowy środek transportu na linii Warszawa-Berlin. Początkowo nie ustaliliśmy żadnego konkretnego modelu. Spodziewałem się, że w najlepszym wypadku zasiądę za sterami kompaktowej trójki. Kiedy usłyszałem, że firma ma dla mnie złe wieści, pomyślałem, że temat po prostu przepadł. Przez myśl mi nie przeszło, że złą informacją jest Mazda MX-5 czekająca na mnie w salonie.

Finalnie w moje ręce trafił model Skyactiv-G, napędzany dwulitrowym silnikiem benzynowym o mocy 160 KM z 6-biegową skrzynią manualną. Na polskich drogach samochód w pełni angażuje otoczenie. Nie sposób opędzić się od ciekawskich spojrzeń i przyjaznych uśmiechów. Takie małe dzieło sztuki.

Przez chwilę myślałem, że za sterami MX-5 będę czuł się jak mrówka na drodze. Spoglądając z fotela kierowcy, wszystkie elementy karoserii wydają się być ogromne. Największe wrażenie wzbudza długa maska z muskularnymi przetłoczeniami. Niska pozycja za kierownicą nie przeszkadza, bo auto wydaje się być niezwykle rozłożyste. Malutka jest jedynie kierownica, ale ona właśnie taka powinna być. Miejsca na nogi nie brakuje, a fotele są na prawdę wygodne. Pewien dyskomfort mogą odczuwać osoby przyzwyczajone do jazdy w pozycji pół-leżącej. Kubełki Recaro wymuszają na kierowcy sztywną, ale zdrową dla pleców postawę.

Ruszamy na trasę, ale pierwszą godzinę podróży spędzamy w korku. Gęste spaliny nakłaniają nas do zamknięcia dachu. Skupiamy się więc na oferowanym przez Mazdę systemie. Technologicznym centrum auta jest niewielki ekran dotykowy. Wygląda jakby można go było odpiąć, albo przynajmniej zamknąć. Okazuje się jednak, że jest przytwierdzony na sztywno. Zabieg stylistyczny zdaje się sugerować, że wciąż mamy do czynienia z klasyczną motoryzacją, w której komputer z wyświetlaczem jest całkowicie niezależnym dodatkiem. Podoba mi się ta myśl. Podobnie jak podoba mi się to, że nie wszystkie funkcje wywołujemy z wyświetlacza. Klimatyzacją i nawiewami wciąż zarządzamy za pomocą przycisków i pokręteł. Swoją drogą są one naprawdę starannie wykonane. Wnętrze MX5 po prostu musi się podobać. Boczki drzwi mają wstawki w kolorze lakieru, metalowe elementy są solidne i zimne w dotyku. Zachwyca również skóra, którą wykończono między innymi dźwignię hamulca ręcznego – okazuje się mięsista i delikatna jednocześnie. Uwagę przyciągają także detale takie jak piękne zegary, czy kuliste nawiewy, będące już symbolem modelu. Całość podkreśla wzorowe spasowanie materiałów.

Korki kończą się daleko za Warszawą, wreszcie możemy skoncentrować się na drodze. Twarde zawieszenie przeszkadzało mi tylko w mieście, na autostradzie okazuje się fantastycznym kompanem na wszelkich wirażach. Nie są to wprawdzie gokartowe doznania, jednak usztywniona konstrukcja pozwala na dość swobodne operowanie kierownicą nawet przy większych przeciążeniach. Jazda bez dachu ma sens do jakiś 80-, maksymalnie 100 km/h. Później robi się zdecydowanie zbyt głośno. Planujemy dotrzeć o Berlina przed nocą, więc zamykamy dach i ruszamy szybciej. Miękki panel ratuje nas przed podmuchami wiatru i hukiem przecinanego powietrza. Komfortowa jazda jest możliwa do prędkości 140 km/h. Kiedy próbujemy przyspieszać szum powietrza zagłusza nawet maksymalnie rozkręcone radio. Jedziemy więc długo i majestatycznie. Obiecuję sobie, że w drodze powrotnej ominę autostrady. Kilka dni później spełniam swoje przyrzeczenie i czerpię dużo większą satysfakcję z podróży, mimo że nadkładam prawie 4 godziny.

Najwięcej frajdy dostarcza mi jazda po małych niemieckich miasteczkach. Ruch jest wolny, a otoczenie warte podziwiania. Jeżdżąc po centrum Berlina doceniam skromne gabaryty auta. Bezpośrednio pod Berlin Messe krążą pokaźne suvy, bezradnie omijając miejsca parkingowe, w które ja wjeżdżam bez najmniejszego problemu. Kiedy w nieznanym mieście popełnię jakiś błąd nie słyszę klaksonów. Ludzie się do mnie uśmiechają i ewentualnie coś pokrzykują. Nie mam założonego dachu, więc kontakt jest bardziej bezpośredni niż w zamkniętym sedanie.

Kilka dni później wsiądę do mojego prywatnego samochodu. Za pomocą koniuszków palców delikatnie wrzucę bieg i usłyszę dziwaczne chrzęszczenie. Pomyślę wtedy, że tym co wyróżniało MX-5 była precyzja, kultywowana w każdym elemencie auta.

Posted in Off topic and tagged , , , .