Mercedes 400d na IEM, czyli 700 km S-klasą

Skojarzenie Mercedesa ze światem e-sportu wydaje się być naciągane. Szczególnie jeśli nie planujemy omawiać gigantycznych zarobków najbardziej utalentowanych graczy. Pomimo tego na tegoroczne Intel Extreme Masters dotarłem właśnie dzięki uprzejmości Mercedesa. Istotne dla historii jest to, że nie jechałem busem na bazie Sprintera lecz najnowszą S-klasą  i to w całkiem sensownie skomponowanej wersji.

Katowice odwiedzam raz do roku. Zawsze chodzi o odbywające się w Spodku i sąsiadującym z nim Expo finały IEM. Przez pierwsze lata jeździłem tam jako wystawca. Ten rok był dla mnie wyjątkowy – po raz pierwszy jechałem oglądać, a nie prezentować. Zaledwie jeden weekend wcześniej w tym samym miejscu odbywała się inna istotna impreza dla graczy – ESL One, a Mercedes pojawił się na liście jej głównych sponsorów. Właśnie ta inicjatywa była napędem do rozmowy z marką. Krótka wymiana zdań zaowocowała wycieczką za kierownicą ogromnej limuzyny. Przemieszczanie się 5-metrowym monstrum po zatłoczonych Katowicach nie wydało mi się trafnym rozwiązaniem. Pamiętałem jeszcze jak kilka miesięcy wcześniej trafiłem do Łodzi, w nieco mniejszej, bo zaledwie 4,9-metrowej E-klasie. Ostatecznie jednak, jeśli ktoś proponuje przejażdżkę autem za niemal pół miliona to wybrzydzanie jest zwyczajnym nietaktem.

Odbiór samochodu z salonu umówiłem na ten sam dzień co wyjazd. Czasu było niewiele, dlatego dopiero na miejscu dowiedziałem się, że czeka na mnie limuzyna w wersji 400d. Pod jej maską umieszczono silnik diesel’a o mocy 340 KM, który rozpędza 2-tonową konstrukcję do setki w zaledwie 5,4 sekundy. Asystuje mu 9-biegowa skrzynia automatyczna. Wariant, którym wyruszyłem na trasę zawierał właściwie wszystkie płatne dodatki, nie licząc elementów z pakietu AMG. Przez pierwsze kilka minut auto wydawało się ospałe. Uczucie minęło gdy tylko spojrzałem na prędkościomierz. Mercedes 400d rozpędza się w zastraszającym tempie, nie wzbudzając przy tym żadnych emocji. Poczucie pędu jest zastępowane przekonaniem, że S-klasa została zaprojektowana wyłącznie do przemieszczania się lewym pasem. Zwalniając przypomniałem sobie o wadze auta. Właśnie wtedy po raz pierwszy odczułem przeciążenia.

Autostrada daje czas na chwilę refleksji. Jest to drugi samochód (po nowej Maździe MX-5), w którym poczułem ducha dawnej motoryzacji. Na kilka dni stałem się dumnym pasjonatem. Przypominam sobie wyjazd i przebiegam myślami po muskularnej masce za szybą, a następnie skupiam się na kierownicy. Drewniana obręcz ze skórzanymi wstawkami uświadamia mi przepaść między topową limuzyną, a E-klasą. Chwilę później ściągam rękawiczki. Kierownica jest podgrzewana, podobnie z resztą jak podłokietniki i oczywiście fotele. Pasażerka w tym czasie uporczywie walczy z systemem auta. Nie jest to ich pierwszy pojedynek. Pomimo tego denerwuje się, że zamiast dotykowego ekranu ma do dyspozycji jedynie rodzaj kontrolera umieszczonego w dolnej części konsoli. Finalnie odpuszcza ustawianie nawigacji. Odnalazła wszystkie możliwe konsulaty. Niestety planem było znalezienie parku, a nie obiektów dyplomatycznych. Nie pierwszy raz mapy Google wygrywają z systemem Mercedesa.

Włączamy muzykę, a z głośników Burnmastera wydobywa się czysty dźwięk o wyraźnie zarysowanej średnicy. Brakuje nam trochę basowego brzmienia, ale widocznie nasze gusta muzycznie nie pokrywają się z grupą docelową. Z resztą nawet bez tego odsłuch dostarcza masę satysfakcji. Punktem kulminacyjnym podróży jest odkrycie funkcji masażu w fotelach. Producent przewidział wiele trybów obejmujących również masaż na gorąco. Doświadczenie jest pieruńsko przyjemne. Masaż jest wielopunktowy – poszczególne części pleców są masowane niezależnie według opracowanego programu. Mamy chwilę więc aby porozmawiać o detalach. Automatycznie domykane drzwi, rolety przyciemniające  szyby z tyłu, czy schowek mogący pomieścić dwie, 2-litrowe butelki to dopiero początek listy. Nawet redaktor technologiczny ma sporo radości z samochodu o dość konserwatywnym szlifie. Zwracam więc uwagę na ładowarkę bezprzewodową, obecność gniazd HDMI i USB oraz ekrany umieszczone w zagłówkach, dla wygody pasażerów. Siedząc z tyłu możemy obsługiwać system auta za pomocą pilota, opierając głowę na dodatkowych, zamszowych poduszkach, przytwierdzanych do zagłówków. Myślę, że jest to auto w którym wolałbym być pasażerem.

Oczywiście jako kierowca też nie mogę narzekać – do mojej dyspozycji oddano wiele interesujących systemów. Mamy więc automatyczne parkowanie, kamery okalające karoserię ze wszystkich stron czy sygnalizację obiektów w czarnym polu. Nie zabrakło również inteligentnego tempomatu, który samodzielnie zachowuje dystans od innych uczestników ruchu, a także utrzymuje auto w pasie. Jeśli wyjedziemy poza swoją przestrzeń, poinformuje nas o tym wibracjami na kierownicy, jednocześnie usztywniając ją delikatnie i przywracając koła na odpowiednią pozycję. Ostatecznie nie zostawiłem auta pod Katowickim Spodkiem. Bez cienia żalu zaprzyjaźniłem się z lokalną komunikacją miejską. Portierka mojego hotelu potrzebowała jednego spojrzenia aby ocenić, że ogólnodostępny parking przy frontowym wejściu nie jest odpowiednim miejscem dla S-klasy. Zaproponowano mi zostawienie samochodu za obiektem. Pomimo dodatkowej przestrzeni auto i tak dość skutecznie zawężało dojazd na zaplecze. Przez kolejne 2 dni właściwie nie usiadłem za kierownicą.

Odstawiając 400d do salonu zajrzałem do komputera aby zweryfikować spalanie w cyklu mieszanym. Wyszło około 9 litrów. Na autostradzie chwilami udawało się zejść poniżej 7 litrów. Natomiast w mieście 11 litrów to całkowite minimum. Jeśli są korki, spalimy prawie dwukrotnie więcej. To wciąż sporo więcej niż deklaruje producent i dużo mniej niż się spodziewałem. Nie umiem ocenić czy 400d jest wart swojej ceny bo kwoty, o których mowa są da mnie całkowicie abstrakcyjne. Mogę natomiast zapewnić, że jest to model w którym, każdą wypowiedź zaczynającą się od fajnie jeśli dołożyliby jeszcze zakończymy słowami a jednak jest.

Posted in Off topic and tagged , , , , .